Aparaty mojego życia

with Brak komentarzy

Przychodzi taki czas w życiu mężczyzny, w którym należy dokonać podsumowania. Niektórzy w takich momentach rozmyślają o kobietach swojego życia, rozważając co zrobiło się nie tak, że wyszło jak wyszło. Najtwardsi, z chusteczką w ręku, wspominają swoje rozbite samochody, pożegnane w blasku płomieni buchających z silnika. Niestety nie należę do nich i niestety mam odchył w kierunku fotograficznym. Ostatnio gdzieś natrafiłem na dobry cytat, który brzmiał jakoś tak: „Zainteresuj swoje dziecko fotografią, nigdy nie będzie miało pieniędzy na narkotyki”. Pomimo, że jest to mem, biegający po internecie i zmieniający swoje znaczenie jak politycy poglądy, to ma w sobie dużo prawdy – fotografia jest cholernie droga, a aparaty dla wielu z nas są takim połączeniem szybkich kobiet i pięknych samochodów. Zaczęło się niewinnie „Tato, a jak to się robi?” – pierwsze zdjęcie zrobiłem Zenitem TTL. Miałem jakieś 3-4 lata i pamiętam, że był cholernie ciężki oraz że miałem problem z ustawieniem tej wskazówki po prawej stronie, żeby została w poziomie. Byłem młody ale jakoś zapadło mi to wydarzenie w pamięci. Nawet gdzieś niedawno widziałem to zdjęcie w rodzinnym albumie.

Pół mojego ojca i mniej niż połowa połowy jego zbiorów
 

Wcześniej chyba dostałem zepsutą Zorkę do zabawy ale to tylko mit i legenda widoczna na kilku zdjęciach i dawno niewidzianych filmach z kamery 8 mm. Później dostałem do użytkowania LOMO. Coś o czym marzy każdy hipster, bo aparat ponoć „obrazuje w supernieprzewidywalny sposób”. Nie zauważyłem tego robiąc zdjęcia na wycieczkach szkolnych itp. w podstawówce. Trochę było zachodu z ustawianiem ostrości, natomiast miało to chyba dobry wpływ na mój rozwój, ponieważ mogę teraz bez problemu ocenić odległość na oko. Koledzy wtedy mieli już nowoczesne małpki z różnymi bajerami, a ja jak ten biedak, latałem z „radzieckim badziewiem”. Później przez wiele lat nie robiłem zdjęć, bojkotowałem wszystko co było związane z fotografią, nawet uczestniczenie w zdjęciach grupowych (najczęściej nieskutecznie). Obudziłem się dopiero w wieku 15-16 lat i zacząłem się uczyć. Zaczynała się już wtedy era aparatów cyfrowych, które niestety były bardzo drogie. Miałem  natomiast dostęp do dużej ilości przeterminowanych czarnych filmów ORWO. Na początku robiłem zdjęcia czemu się dało, żeby mieć odpowiednią liczbę rolek do wywoływania – koreks Krokus na 5 rolek, z  czego minimalną ilością były 3 (inaczej duuuużo chemii trzeba wlać). Praktycznie nic ciekawego nie uchwyciłem w tamtym okresie ale spróbowałem sam wywoływać zdjęcia. Wcześniej podglądałem ojca gdy to robił, no i oczywiście na początku mi wszystko pokazywał. Nie jestem geniuszem 😉 Robiłem wtedy zdjęcia Zenitem TTL – chyba nawet tym samym, z którym zaczynałem. Dostęp miałem do praktycznie wszystkich ogniskowych jakich potrzebowałem, bo mój ojciec przez lata zgromadził sporą kolekcję. Poza tym Zenita dobrze nie wspominam. Był duży, ciężki i nieporęczny. Naświetlał zawsze dobrze i nie miał problemów z przesuwem filmu, tak jak to ten model ma w zwyczaju. Na szczęście po krótkim czasie nastąpiła moja era oświecenia fotograficznego, po latach pracy z Zenitem. Olympus OM-3. Mój ulubiony, jak do tej pory, aparat. Mały, poręczny, ze świetnymi szkłami. Mieścił się praktycznie do każdej kieszeni kurtki i był niezauważalny przez ludzi. Spokojnie robiłem nim reportaże, nie zwracając niczyjej uwagi (a wtedy aparatów nie było tyle co teraz). Dodatkowo dźwięk migawki i opadającego lustra był niesamowity. Taki, który czasami wciskałem sobie ot tak, żeby posłuchać, gdy nie miałem założonej rolki filmu. Bardzo dobrze wspominam okres robienia nim zdjęć i był to moment kiedy wyszedłem trochę z cienia, gdyż wcześniej koledzy i koleżanki z liceum nie wiedzieli, że potrafię robić i wywoływać zdjęcia. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, musiałem oddać aparat, ponieważ był on tylko pożyczony. Właściwie do tego momentu w życiu nie miałem własnego sprzętu, wszystko robiłem na aparatach ojca lub pożyczonych z różnych miejsc. Później poszedłem do pierwszej wakacyjnej pracy na budowie i po dwóch miesiącach harówy mogłem kupić sobie pierwszy aparat cyfrowy – Nikona D70s. Model już wychodził z rynku z uwagi na jego następcę, wiec dostałem na niego dobrą cenę. Już wtedy nie zachwycał specyfikacją: mała matryca, duże szumy i jeszcze parę pierdół, którymi żyli ludzie na forach. Jakoś dziwnie tak się stało, że działa do dziś. Robię nim zdjęcia w różnych warunkach i szum widoczny jest bardzo rzadko. No i gumy mi się nie odklejają jak w ich nowych konstrukcjach 😉 Po liceum wybrałem szkołę foto, więc poszedłem jeszcze dalej – zacząłem taszczyć ze sobą Pentacon-a Six-a z dwoma obiektywami i przez chwilę próbowałem sił z Kiev-em 88. Jakoś się nie polubiliśmy i częściej je nosiłem niż robiłem nimi zdjęcia. Za każdym razem jak pomyślałem ile zachodu kosztować mnie będzie wywołanie klatki, odpuszczałem naciskanie na spust – bo nie wyjdzie tak dobrze. A to za mało światła, a to za dużo. Nie kalkulowało się. Prawdę mówiąc, od tamtego czasu miałem wielką dziurę w swojej fotograficznej historii, nowych zabawek nie przybyło, zdjęć też. Aparat wyciągałem tylko jak musiałem. Na szczęście ostatnio coraz częściej mam ochotę do zabawy, nawet fotografią srebrową, którą odstawiłem na wiele lat do piwnicy…  

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone